Saperzy na tropie. Legendarna lipa zlokalizowana.

Zaginiona wioska
Na początek chwila przypomnienia. Uważa się, że rejon Prostyni był już zamieszkały w epoce brązu przez ludność kultury łużyckiej (1800/1700 – 650 p.n.e.). Nadal ciekawostkę stanowi nieistniejąca, zaginiona jeszcze w średniowieczu i dziś zapomniana miejscowość Llasekin. Wieś ta w Landbuchu ( Księdze Ziemskiej ) margrabiego Ludwika Starszego wymieniona została w 1337 r. jako wieś opuszczona, mimo tego pozostała jej nazwa która z biegiem wieków ulegała pewnym fonetycznym zmianom: Latzke (1510); Lotzke (1519); Laytzk (1536); ostatecznie ukształtowała się jako Latzig i przetrwała do końca wojny.Tereny te w XVI w. należały w całości do Wedlów z Drawna.

Najbardziej charakterystycznym obiektem który nawiązywał w swej nazwie do wioski jest most na Drawie, nazwany przez Niemców „Laatziger Brücke”. Sądzi się, że w 1273 r. mogło dojść na nim do spotkania księcia gdańskiego Mściwoja II z delegacją brandenburską. Oprócz mostu, słowo Laatziger odnosiło się do położonej na lewym brzegu Drawy kolonii (Laatziger Brücke – powojenna nazwa to: Leszcze pow. Drawsko Pom.), dawnej karczmy ( /Laatziger/ Krug – po wojnie: Karczemka pow. Drawsko Pom ), przystanku kolejowego (Laatziger Brücke Haltepunkt – po wojnie Dobrzanek, Laskoń, Czertyń, dziś Prostynia. pow. Choszczno ) , jeziora Lasek (Laatzig) w pobliżu Kalisza Pom. Według przekazów śladem po wiosce miała być ogromna lipa zwana Schatzlinde.
Legenda z lipą w tle.


To do tej lipy nawiazuje Grzegorz Jacek Brzustowicz w legendzie o sokolniku zamieszczonej w dwóch jego książkach „Rycerze i Młyn Szlifierski. (wyd A.Sz. Choszczno 2004.str.40,41,85 ) i „Czasy Wedlów” ( wyd.ASz. Choszczno 2003.str.90-93). Otóż gdy wioska jeszcze istniała proboszczem miejscowego kościoła był chorobliwie skąpy kapłan, który przy ogólnej biedzie i doskwierającym głodzie parafian zgromadził w kryptach swego kościoła niesamowite bogactwa. Podczas słynnego najazdu Litwinów na Nową Marchię wioska została złupiona i spalona. Pogańscy Litwini nie oszczędzili także kościoła, który spłonął wraz ze swym proboszczem, lecz ukryte skarby pozostały. Miejsce po świątyni porosło roślinnością, a zakryte kamieniem wejście do krypt zasłoniła swoimi korzeniami wielka lipa, którą nazwano „ Lipą Bogaczy” ( Schatzlinde). Mówiono, że w pokościelnej krypcie zadomowili się nocni rabusie. Nocami napadali na jadących miejscowym mostem kupców i znacznie pomnożyli schowane skarby. Panem pobliskiego zamku był Viviantz von Wedel. Miał on piękną córkę Gunhildę. Zainteresowała się ona opowiadaniami o bogactwach spod lipy. Pewnego dnia udała się w miejsce gdzie rosło to drzewo. Gdy przed nim stanęła zaczęła prosić by lipa ofiarowała jej swoje bogactwa. Wtem kamień odsunął się i z piwnicy wyszedł ładny młodzieniec. Wystraszoną, lecz ciekawą Wedlównę zaprosił do środka. Poszła. Oczom jej ukazały się bogactwa jakich nigdy nie widziała i o jakich nawet pomyśleć nie śmiała. Młodzieniec pozwolił jej delektować się widokiem tych skarbów lecz gdy chciała dotknąć znajdującego się na honorowym miejscu umieszczonego w pięknej szkatułce złotego florena z wizerunkiem diabła zareagował gwałtownie i nie pozwolił jej tego uczynić. Czas było wracać, młodzieniec wyprowadził zachwyconą dziewczynę na zewnątrz. Żegnając ją powiedział „ Jeśli wyjdziesz za mnie ten skarb będzie twój, a jeśli nie, zamek twego ojca przestanie istnieć”. Wedlównę oblały zimne poty, oddaliła się szybko do zamku i nikomu o zdarzeniu nie powiedziała.
Pewnego dnia zawitał do zamku sokolnik, jego pojawienie się było tak nagłe, że nie rozumiano skąd się tu wziął. Pan zamku był zapalonym wielbicielem łowów z sokołem. Sokolnik zaczął zabawiać Wedla pokazem umiejętności swego ptaka. Zachwycony Viviantz już nie miał pytań i zaprosił nieznajomego do zamku na gościnę. Podczas uczty weszła Gunhilda, na chwilę jej wzrok spotkał się ze spojrzeniem przybysza. Dziewczyna zaniemówiła, rozpoznała w nim owego młodzieńca spod lipy. Wystraszona pośpiesznie opuściła biesiadę. Mężczyźni biesiadowali długo. Rano von Wedel zorientował się, że jego gość, tak jak tajemniczo się pojawił, tak też nad ranem zniknął.Tydzień po tej wizycie zamek zaatakowali nieznani zbójcy. Rozgorzała zacięta walka, lecz o dziwo razy mieczy nie wyrządzały napastnikom szkody. Natomiast obrońcy ponosili straty. Na szczęście świtało już i atakujący oddalili się. W blasku jutrzenki Wedel rozpoznał przywódcę napadu. Był to jego dawny gość – sokolnik. Nim sokolnik zniknął krzyknął jeszcze Wedlowi na odchodne „ Daj mi Gunhildę, a będziesz miał spokój” Napady o podobnym scenariuszu powtarzały się cyklicznie. Tylko cudowi należało zawdzięczać, że zamek nie został zdobyty. Szeregi obrońców topniały. Viviantz czując, że katastrofa może być blisko zwrócił się o pomoc do pozostałych członków rodu von Wedel. Jego apel pokazał jak wielka była rodzinna solidarność. Na wezwanie krewniaka członkowie rodu stawili się masowo. Najznamienitszym z nich był Wedegon von Wedel. Miał duże doświadczenie bojowe, więc objął komendę nad wszystkimi. Ledwo zdołał zapoznać się z sytuacją, a już w pierwszą noc po jego przybyciu nastąpił kolejny atak tajemniczych zbójców. Tym razem usłyszano ich zbliżanie się. Niestety ciemności nocy nie pozwalały zobaczyć napastników. Wedegon rozkazał by z wszystkich łuków i kusz wystrzelić płonące strzały lub bełty. Rozgorzał pożar, na jego tle widać było przemykające postacie. Kolejne strzały poleciały w ich kierunku, niestety mimo trafień nie wyrządziły szkody. Doszło do zwarcia wręcz i jak poprzednio napór atakujących powstrzymywała twarda postawa obrońców. Wśród nich były coraz większe ofiary. Natomiast cięcia ich mieczy nie wyrządzały„nocnym zbójom” szkody. Szturm przerwał zbawienny świt. W powietrzu rozległ się znany Viviantzowi głos „ Daj mi Gunhildę, a będziesz miał spokój !!!”
Gunhilda widząc, że nawet kunszt Wedegona nic tu nie pomoże, zwierzyła się staremu wojownikowi ze swojej przygody z „Lipą Bogaczy”. Po wysłuchaniu płaczącej i zrozpaczonej krewniaczki Wedegon zebrał najroślejszych wojowników i wraz z nimi udał się pod lipę. Na miejscu, różnymi sposobami próbowali odciągnąć potężny głaz. Niestety bez skutku. Gdy ściemniało usłyszeli dochodzące spod ziemi odgłosy. Szybko ukryli się w zaroślach. Głaz odsunął się i z oświetlonego korytarza zaczęły wybiegać schylone postacie. Gdy zebrała się spora drużyna, ruszyli w kierunku zamku Viventza. Tę okazję wykorzystał Wedegon. Nie wiedząc czy głaz zakryje wejście czy też nie, wbiegł ze swoimi lud ludźmi do środka.
Niezliczona ilość skarbów oślepiła wszystkich. Na tej górze złota nadal na honorowym miejscu stała mała szkatułka. Wedegon otworzył ją, w środku leżał ów złoty floren z głową diabła. Moneta niezwykle cenna dla herszta bandy. Widniejącą na niej podobiznę szatana Wedegon uznał za świętokradztwo ,zareagował natychmiast. Z całą siłą wbił w wizerunek diabła ostrze swego sztyletu, i przedziurawił monetę na wylot. Korytarzem zatrzęsło, Wedegon chwycił monetę i z swoimi ludźmi wybiegł na zewnątrz. Z nieba biły niesamowite grzmoty, rozgorzała wichura. Wtem w szalonym tempie, jakby przyciągnięci jakąś nadprzyrodzoną siłą, stanęli przed lipą „ nocni zbójcy”. Nie było już wątpliwości, nie byli to zwykli śmiertelnicy. Wedegon podniósł przebitego florena i krzyknął „ Idźcie w zaświaty pilnować skarbów i nigdy nie wracajcie !!!”
Potężny wir wciągnął zbójców do korytarza, głaz z wielkim łomotem zasunął się za nimi.
Wedegon podszedł i zakopał pod nim przebitego florena. Głaz spowiły korzenie lipy . Wokół zapanowała cisza.

Stara lipa.

Legenda, legendą ale okazało się,że lipa o nazwie „Schatzlinde” istniała naprawdę. Zachowały się liczne robione na jej tle zdjecia młodzieży szkolnej z lat 30 –tych i 40 – tych XX w.( zdj.obok źr.Heimatgruβ Rundbrief ).Jednak w literaturze dotyczacej tamtego okresu brak było dokładnego miejsca jej usytuowania.No cóż postanowiłem znaleźć conajmniej ślad po niej. Mapy na nic się zdały.Oprócz jednej. Otóż mapa 1:50 000 „Drawieński Park Narodowy” zlokalizowała pewna starą lipę niedaleko leśnej drogi idacej z Święciechowa w kierunku „krajówki nr 10” ( Prostynia ). Lipa ta widnieje tam jako „Lipa Kochanków”.Ponieważ zaznaczona jest w rejonie gdzie umiejscowiona została akcja legendy, warto było sprawdzić ten ślad. Pierwsza próba skończyła się niepowodzeniem,ale tego dnia szczęście opuściło całą Polskę i kolejne komunikaty radiowe oraz narastające przygnębienie spowodowały,że zrezygnowałem z poszukiwań.Drugą próbę podjąłem po przyjeździe z Warszawy 17.04.2010 ( dzień po Dniu Sapera ) tuż przed transmiją z uroczystości żałobnych na Placu Pilsudskiego. Troszkę kluczyłem idąc wzdłuż bagnistego terenu. Po wejsciu na łagodnie wznoszace się wzniesienie oczom moim ukazał sie wspaniały widok.Ujrzałem potężne majestatyczne drzewo.Zmierzyłem obwód pnia, wyszło ok 8 m. Nie miałem wątpliwości, stałem przed „Schatzlinde”. Dlaczego to mające legendarne podłoże drzewo nazwano „Lipą Kochanków”.Możliwe,że tak chciano,ale również możliwe jest to,że tworząc mapę autorzy natrafili na niemieckie zródło a słowo Schatz ma wielorakie znaczenie,oznacza „skarb”( skarbnica ) lub „ukochany”( luba, luby ) stąd w wyniku tłumaczenia mogła powstać zamieszczona na mapie DPN nazwa lipy.W jednym ze źródeł lipa ta widnieje jak Lipa Skarbowa a w uzasadnieniu podaje się,że onegdaj pobierano przy niej opłaty czynszowe.
Biorąc pod uwagę piękną legendę o sokolniku oraz bezpośrednio z nią związaną wspaniałą istniejącą do dziś lipę Gminie Drawno przybył kolejna onegdaj zapomniana godna uwagi atrakcja turystyczna.

Stare dęby

Jadąc w kierunku Zatomia przy skrzyżowaniu na Konop należy skręcic w biegnacą w lewo leśną drogę.Po przejechaniu kilkaset metrów przy moście na rz. Stopnicy znajdują się dwa dęby.Jeden straszy o obwodzie ponad 6 m. jest już mocno naruszony stoi na prawym brzegu Stopnicy. Na drugi ( obwód nieco ponad 5 m ) można trafić nie przekroczywszy mostu idąc w kierunku południowym ok 100 m w las. Jeden z tych dębów ma imię Galla Anonima i nawiazuje do legendy jakoby słynny kronikarz idąc z księciem Bolesławem Krzywoustym na Pomorze miał przy tym dębie odpocząć i pospiesznie napisać kilka słów pomnażając tym samym kolejne strony swego dzieła. Drugi z dębów najprawdopodobniej nie ma nazwy podobnie jak piękny dąb piramidalny stojący przed ruinami pałacu w Konotopie. Cóż, szkoda.

Wniosek

Zamek Wedlów w Prostyni,prastara lipa,dęby przy rz. Stopnicy i w Konotopie to obiekty do których tak naprawdę nie ma dokładnych wskazówek jak dotrzeć.Dwa pierwsze zostały niejako wskazane na nowo.W gminie Drawno jest wiele obiektów które swego czasu posiadały charakterystyczne nazwy do których przypisano bajkowo –legendarne opowieści.Może warto przywrócić i przypomnieć je ponownie. Może warto tym bez nazw nadać je, wszak życie wciąż dostarcza nam imion, zdarzeń zasługujących na upamiętnienie, uwiecznienie.

Andrzej Szutowicz

REKLAMA

Komentarze (5)


  • Bardzo ciekawa historia :)

              Oceń tę wypowiedź » Dobre 7 Słabe 0

  • Pan Andrzej Szutowicz jest naprawdę wielkim historykiem.

              Oceń tę wypowiedź » Dobre 7 Słabe 0

  • i robi to z wielką pasją

              Oceń tę wypowiedź » Dobre 6 Słabe 0

  • Szkoda że odszedł z Drawna do Czarnego.

              Oceń tę wypowiedź » Dobre 5 Słabe 0

  • gdyby takie osoby uczyly w szkole historii, moze i czlowiek by sie uczyl a nie chodzil na wagary ;)

              Oceń tę wypowiedź » Dobre 5 Słabe 0

Skomentuj