Alina Jendraszczyk z Kruczaja uratowała przed śmiercią kilkudniowe dziki. Wydawało się to wtedy nierealne, ale wszystkie maleństwa przeżyły. Dziś zwierzęta są już dorosłe i bardzo dorodne.
Była mroźna zima, kiedy leśnicy znaleźli na śniegu martwą lochę, którą wcześniej widziano z ośmiorgiem dzieci. Okazało się, że matkę zabił kłusownik i to w okresie ochronnym. Dziczki rozbiegły się po lesie.
Przychodziły do matki
Pracownicy Nadleśnictwa Bierzwnik bardzo to przeżyli i postanowili spróbować uchronić je od zamarznięcia. Jednym z nich okazał się Stanisław Jendraszczyk, który jest tam specjalistą ds. łowieckich. O tej sytuacji opowiedział żonie. Pani Alina natychmiast zdecydowała, że podejmie się opieki nad maluchami, choć wymagało to ogromnej pracy. Przez kilka dni trwało wyłapywanie dziczków, które przychodziły do martwego ciała celowo pozostawionego we wnyku. Sześć zostało złapanych, nie odnalazły się tylko dwa. – Mogły stać się łupem drapieżników – przypuszcza dziś pani Alina, która zabrała zwierzęta do leśniczówki w Kruczaju i zaczęła walczyć o utrzymanie wyziębionych i słabych prosiaczków przy życiu.
Chlewik był w salonie
Dla ich potrzeb przystosowała… salon. Zwierzaki poowijała w kocyki i trzymała w pobliżu kominka i wszelkich dostępnych grzejników. Sama z nimi nawet spała. – Wszędzie leżały ręczniki, pieluchy i ścierki, które trzeba było ciągle prać. – Pralka nie nadążała, a mąż żartował, że z domu zrobiłam chlew – wspomina pani Alina. Nie to jednak było najgorsze, ale karmienie. Przez dwa tygodnie co dwie, trzy godziny razem z mężem wstawała do nich i karmiła każdego butelką ze smoczkiem. – Trwało to aż półtorej godziny. Była chwila przerwy i cała ceremonia zaczynała się od nowa – wspomina pani Alina. Prosiaki smoczki dziurawiły, trzeba było ciągle kupować nowe aż w najbliższej aptece smoczków zabrakło. Później dziki nauczyły się jeść z miseczek, a potem z korytek, które produkował pan Stanisław. Jendraszczykowie zaczęli urozmaicać im jadłospis, co sporo ich kosztowało. Łatwiej było kiedy dziki znalazły miejsce w zagrodzie na podwórku. Wtedy mogły jeść już kukurydzę, owies i buraki oraz resztki z domu.
Łatwiej opiekować się ludźmi
Pani Alina nie mogła wyjść z domu przez kilka miesięcy. – Wychowałam dwóch synów, ale to nic w porównaniu z wychowaniem sześciorga takich dziczków – mówi. Potem znalazło się mnóstwo chętnych osób z całej Polski, które chciały się nimi zaopiekować. Pani Alina nie chciała oddać ich w obce ręce, ale w końcu uległa namowom i trzy znalazły się w ZOO. – Żałuję tego, ponieważ dwa dni za nimi płakałam i ciągle tęsknię. Kilka dni temu byłam je tam odwiedzić. Mają dobrze, ale szkoda, że nie widzę ich codziennie – mówi. Dziki nie mają imion, bo ich wybawicielka nazwała je po prostu Dziewczynkami i Chłopcami. Teraz ma przy sobie jednego Chłopca i dwie Dziewczynki. Chłopak jest wysterylizowany.
Mają prawie naturalne warunki
Z tą trójką nie zamierza się już rozstawać. – Moje zwierzęta nie nadają się do życia na wolności. Łatwo stałyby się łupem drapieżników. Nie po to pozostały przy życiu, aby teraz być łatwym celem dla innych – mówi. – Zwierzęta wychowane w niewoli nie nadają się już do życia na wolności. Państwu Jendraszczykom należą się wielkie podziękowania za to, że z takim poświęceniem zdołali uratować dziki – potwierdza nadleśniczy Jan Rurek z Bierzwnika. Dziki mieszkają w zagrodzie pod lasem, mają tam nawet oczko wodne, które zapobiegliwa gospodyni im wykopała. – Kiedy nie widzą mnie przez trzy lub cztery godziny, to krzyczą tak, że słychać je w domu. Przebieram się więc w specjalne ubrania i przychodzę. Przytulają się do mnie wtedy jak szalone i nigdy od nich nie wychodzę czysta – cieszy się pani Alina.




Fajnie ze pani sie zaopiekowała tymi biednymi dzikami!!! Mam tylko zal do policji!! Dlaczego pusciliscie kłusownika to płazem!!! Andrzej W. i Stanisław D. moim zdaniem powinni siedziec w pierdlu a na takich jak oni powinni im dac kare jak za zabujstwo człowieka.!!!!!! a policja jest tak łaskawa ze im podarowała a zajmuja sie łapanie nie winnych ludz!!!